Felieton: Audiofil, meloman i nieporozumienie

Ludzie od zarania dziejów mieli tendencje do klasyfikowania wszystkich aspektów swojego życia, nie inaczej jest też z akustyką i wymienianym najczęściej pojęciem „audiofil”. Jednak cokolwiek by się nie powiedziało w tej kwestii, jedna rzecz już na starcie jest jasna i jakże przewidywalna – że ludzie nadużywają, przeinaczają i nieprawidłowo stosują owe określenie. Do tego stopnia że zasługuje ono moim zdaniem na poruszenie w niniejszym felietonie, prostującym mam nadzieję całą sytuację.

Nie tylko jednak o „audiofila” chodzi, ale też o inne określenie, „meloman”. Dla niektórych osób jest to to samo, dla innych nie. Jedno i drugie pojęcie wiąże się z obszarami dźwiękowymi, ale i nie w takim samym stopniu. Wreszcie, tak jak wspomniałem wyżej, w przypadku powszechnie używanego określenia „audiofil”, jego użycie jest błędne. Poruszę tu jednakże nie tylko problem różnicy definicji między „audiofilem” a „melomanem”, ale także problem osób które pod owymi określeniami się kryją i ludzi, który znaczenia obu określeń i wartości jakie za nimi stoją, nie rozumieją, mało tego – atakują osoby które są skłonne wydać na sprzęt grający sumy o wiele większe niż oni. Także nie tylko wątek słowotwórczy będę poruszał, ale także mentalność.

Sformułowanie słowotwórczego problemu
Na początek warto sobie wyjaśnić kiedy można użyć obu tych pojęć. Kiedy pojawia się sposobność na ich użycie? Kiedy mamy prawo użyć takiego określenia? Cóż.. na pewno nie tak jak wielu użytkowników for „popularno-informatycznych” w swoich działach audio. Poruszałem to już w felietonie nt. samodzielnego wybierania słuchawek ale naprawdę nie sposób abym nie zrobił tego ponownie. Jakże bowiem komiczne jest czytanie w temacie o wdzięcznym tytule „Słuchawki do 120zł do muzyki i filmów” wyjaśnień autora brzmiących najczęściej tak: „Witam, szukam słuchawek do max. 120zł do muzyki i filmów. Zaznaczam że nie jestem żadnym audiofilem więc nie wiem co kupić.”. Widziałem to już kilkanaście razy (gdyż rzadko bywam na forach, stąd tylko kilkanaście zapewne). Analizując krok po kroku temat i jego treść, bardzo łatwo można wyszczególnić dwa problemy autora, zgoła inne niż zwykły wybór słuchawek za 120zł:

- wspominanie o „audiofilu” w sytuacji gdy na swój sprzęt chce przeznaczyć de facto groszową kwotę,

- formułowanie tezy jakoby „audiofilem” była po prostu osoba obeznana w sprzęcie audio, do tego z tak niskiej klasy.

Oczywiście rozumiem że dla wielu osób 120zł samo w sobie lub z przeznaczeniem na słuchawki to dosyć spory pieniądz, tego pod żadnym pozorem nie śmiem podważać, jednakże prawda jest taka że za 120zł ledwo można kupić „w miarę” dobry kabel 2xRCA-2xRCA. Nie ja mam na to wpływ jednakże i nie jest to moją winą że akurat hobby, jakim jest dźwięk, jest tak drogie. Wyjaśnić należy jednak sobie dlaczego autor popełnił tutaj dwukrotny błąd. Aby to zrobić, trzeba powiedzieć sobie wprost definicję „audiofila”.

Audiofil – definicja
Żeby być szczerym – precyzyjna definicja raczej nie istnieje, jednakże w większości przypadków „audiofilem” jest, nie tylko w moim ale i większości osób zorientowanych w temacie, osoba, która w dużym uproszczeniu kocha bardzo dobry dźwięk, ale przede wszystkim oscyluje wokół doboru sprzętu wysokiej klasy. Nie można mówić o audiofilu czy też audiofilii w granicach tak niskiego pułapu cenowego, gdzie dźwięk najczęściej jest jakości niedostatecznej z przyjściem do szkoły z rodzicami – do – miernej z dwoma minusami. To tak jakby kogoś kto kupił wino za 29zł od razu nazwać profesjonalnym degustatorem win, a ponieważ takie określenie w tej sytuacji brzmi po prostu idiotycznie, jakim prawem ktoś używa określenia audiofil w stosunku do siebie mimo, że z nawet dostatecznej jakości dźwiękiem nie miał w życiu nic wspólnego? Dlaczego wtedy nikt nie mówi że to przecież idiotycznie określać tak kogoś / siebie w takich a nie innych okolicznościach?

Druga sprawa że słowo to jest tak mocno nadużywane, że doznało mocnego wypaczenia w kontekście tak słowotwórczym jak i znaczeniowym.

- Słowotwórczym – ponieważ kojarzy się często z bardzo negatywną „pedofilią” (poważnie), czy też z równie negatywnymi parafrazami „audiozbok” i „audioholik”, nawiązującymi do zboczenia i skrajnego, niebezpiecznego, uzależnienia.

- Znaczeniowym – ponieważ ma niesłuszne nacechowanie negatywne wynikające ze stereotypowego postrzegania osób z tej grupy. W powszechnym mniemaniu audiofil to osoba rekordowo stuknięta na punkcie dźwięku i sprzętu audio, fanatycznie podchodząca do wszystkiego co jest z tym związane, zaś w wątkach dyskusyjnych nt. audio krytykująca wszystko co nie kosztuje kroci, każąc dopłacać sporo ponad podawane przez autorów budżety jakimi dysponują.

Jednym słowem audiofil zmienił się w powszechnym pojmowaniu w nieuleczalnego audiopatę, osobę samoizolującą się z wszelkich dyskusji dziedzinowych audio które nie schodzą poniżej 10 000zł. Osobę mającą własny, zamknięty i niedostępny dla nikogo z zewnątrz świat. Takie pojmowanie audiofila to totalna bzdura i obrażanie takiej osoby. Oczywiście że można mówić w pewnych sytuacjach o przesadnym audiosceptycyzmie na temat wielu urządzeń, ale na pewno nie jest to żadna forma psychozy czy musowo występujących klapek na oczach. Wszystko rozbija się o doświadczenia i gust jakim dysponują takie osoby, mające kontakt z naprawdę wieloma urządzeniami, słuchające dźwięku w różnorodnych konfiguracjach i z tego też względu, przez praktykę i drogą doboru komponentów, posiadające ogromną wiedzę którą dzielą się, przepuszczając jednocześnie w różnym stopniu przez pryzmat własnych oczekiwań i preferencji. „Audiofil”, jak już powiedziałem wcześniej, „słucha sprzętu poprzez muzykę” i właśnie tak najlepiej można taką osobę określić. Jest to jednakże ekstremum – przykład w którym nie ma perfekcyjnego balansu między słuchaną muzyką a klasą posiadanego sprzętu. Nie jest to jednakże coś bardzo złego i na pewno nie jest to żaden fanatyzm, jak sądzi wiele osób.

Meloman – definicja
Po drugiej stronie jest z kolei mało popularne, w przeciwieństwie do powyższego, określenie „meloman”. Jest to również słowo oznaczające osobę z goła przeciwną audiofilowi, ale ponownie odnoszącą się do wysokich kręgów sprzętu audio. Meloman to osoba która ponad wszystko lubuje się w odbiorze muzyki i mimo że posiada najczęściej sprzęt wysokiej klasy, potrafi czerpać przyjemność również na tańszych systemach, ale oferujących nadal interesujące brzmienie. Tutaj również nie ma balansu doskonałego bowiem od strony melomana może zrodzić się teoria o wyższości sprzętu A nad sprzętem B mimo, że ten pierwszy kosztuje 2-3x mniej, tworząc wywrotową teorię jakoby słuchawki za 400zł niszczyły sprzęt za 1400zł. Nieczęsto się to zdarza w przypadku urządzeń audio i takie opinie również mogą trącać przesadyzmem, wywołanym najczęściej efektem „wow”, mającym swoje odbicie w prowadzonej w takich przypadkach dyskusji. W teorii jednak ponownie – nie jest to coś bardzo złego, bowiem osoba taka doceni dźwięk bez aż tak rygorystycznego spoglądania na producenta sprzętu na którym dokonuje odsłuchu, dlatego jest to przeciwne ekstremum do „audiofila” ale tak samo jak on – uzależnione od dobrej klasy sprzętu, oczywiście bez przesady w obu przypadkach.

Idealna więc sytuacja to taka, w której utrzymany jest balans między klasą systemu odsłuchowego a jakością uzyskanego brzmienia i jego akceptacją, „słucha muzyki poprzez sprzęt a nie bez względu na sprzęt czy też samego sprzętu zamiast muzyki”. Można nazwać to rozsądkiem przeliczonym na realny zysk brzmieniowy powyżej bądź poniżej określonego pułapu cenowego. Na przykład zbudowanie dobrego systemu słuchawkowego wysokiej klasy to dosyć spory koszt, wynoszący przynajmniej 3000-5000zł i w górę oraz wymóg posiadania ogromnej wiedzy z zakresu doboru komponentów do siebie, z tym że w takich cenach otrzyma się w miarę dobre źródło, dobrej klasy wzmacniacz i odpowiedni model słuchawek, u niektórych firm będący nawet szczytem z cennika. Jeśli tylko jest to wybór względem siebie optymalny oraz dostosowany brzmieniem do użytkownika, uzyskuje się wspaniały dźwięk którym można będzie cieszyć się latami. Meloman zapewne zacząłby się rozkoszować muzyką w dobrej jakości zupełnie nie zważając na sprzęt, audiofil ulepszyłby sprzęt o lepsze kable i kilka dodatkowych elementów, również kusząc się na modyfikacje we własnym zakresie, zaś osoba pośrodku obu tych skrajnych punktów wybierze najlepsze cechy obu i połączy w jedną całość.

Określanie się zatem jako stricte albo „audiofil”, albo „meloman”, to w rzeczywistości wpisywanie się w ekstremum reprezentowane przez każde z tych pojęć i z tego względu nie jest do końca to w obu przypadkach określenie pozytywne w 100% – wręcz przeciwnie, sugerujące prócz pewnych cech również i konkretne słabości. Gdybym miał w tak skonstruowany układ zależności wpisać siebie, prawdopodobnie znalazłbym się bliżej melomana niż audiofila, ale tak po prawdzie nigdy nie czułem się aby mi w ogóle pasowało takie wpisywanie swojej osoby w cokolwiek. Z jednej strony mam sporo doświadczenia i słyszałem już sporo, z drugiej nie jestem alfą i omegą, lambdą w zasadzie też do końca nie. Z jednej strony potrafię gustować w drogim sprzęcie, jednocześnie z drugiej polecając tanie słuchawki i będąc w stanie je opisać w miarę przyzwoicie, choć nieco kontrowersyjną metodyką, i mało tego – potrafię znaleźć w nich jeszcze przyjemność z odsłuchu. Zatem nie wydaje mi się abym pasował tylko i wyłącznie do mainstreamu, czy też tylko i wyłącznie do high-endu i określenie siebie jako bardziej melomana niż audiofila jest tutaj myślę najbardziej sprawiedliwe. Swoją drogą ciekawe jak Wy ocenilibyście siebie samych? Oby mniej pokrętnie niż ja to uczyniłem wyżej.

Sformułowanie problemu mentalności
Wracając do problemu autora z wątku o słuchawkach za 120zł, zamiast zaznaczać że „nie jest audiofilem i nie wie co kupić”, powinien napisać po prostu że nie zna się i prosi o radę, zaś 120zł jest dla niego kwotą wystarczającą. Patrząc jednakże z nieco innej perspektywy: z jednej strony w sumie można spróbować zrozumieć taką osobę – dla niej wydanie powiedzmy 200zł na słuchawki i tylko na słuchawki (bowiem część osób chce mieć tu jeszcze i kartę dźwiękową w tej kwocie) jest grubą przesadą i osiąganiem dźwięku, który jest poza granicami, zarówno ich percepcji, jak i potrzeb. To właśnie w tym miejscu rodzi się u nich tendencja do wchodzenia w hiperbolizację takiego pułapu jakościowego do rangi „audiofilii”, co jest totalnym brakiem kontaktu z rzeczywistością.

Zresztą.. tak samo niepojęte jest to co odstawiają np. niektórzy Allegrowicze, także sklepy. Przykładowa aukcja: „Audiofilskie słuchawki dynamiczne otwarte model HD595″. Człowieku, jakie audiofilskie? To tylko 500zł, jesteśmy jeszcze w mainstreamie. To dobre słuchawki ale bez przesady, rozumiem że to wszystko marketing, aby wypromować model o mocno słabszej sprzedaży niż HD555, ale bez przesady.

Z drugiej z kolei sam osobiście nie rozumiem pewnych osób w momencie gdy wchodzą nieproszone w wątki traktujące o drogich słuchawkach, będących najczęściej poza ich zasięgiem, i wrzucają swoje guzik warte trzy grosze o tym, jaki to bezsens brać takie słuchawki, bo za niecałe 300zł można mieć owe Sennheisery HD555, które ONI mają, a które jednocześnie są „super mega turbo dofajdane dla każdego i do wszystkiego”. Raz że nie ma w tym krzty sensu, dwa że jeśli takie słuchawki jak HD555 stanowią dla nich, nawet podpinane pod integrę, jakiś tam próg jakościowy (a ten przypomnę jest totalną zmienną w przypadku każdego z nas), to niech na owym progu poprzestaną i nie wbijają się w wątek zupełnie o czym innym traktujący niczym między młot a kowadło. Nie wiem co się za tym kryć może, chęć zabłyśnięcia, nabicia postu, czy też po prostu pochwalenia się słuchawkami… cokolwiek by to jednak nie było, nie jest ani zbyt mądre, ani zbyt budujące w takiej sytuacji.

Wątki audio są często bardziej nacechowane hobbystycznie niż może się to z początku wydawać, za wieloma tematami i skompletowanymi systemami kryje się ogromna pasja ich twórców, godziny spędzone na studiowaniu opinii innych, odsłuchach własnych, planów elektroniki i różnorodnych próbach łączenia tego w harmonijną całość, zadowalającą unikatowy gust posiadacza.

Przykładem z życia wziętym, i to jak na ironię dokładnie o HD555, jest komentarz jaki pewien użytkownik zostawił mi 13-stego stycznia pod recenzją STAX SRS-3010, o treści:

„miodzio, ale szkoda wydawac tyle kasy na sluchawki , juz lepiej wziasc Sennheiser HD 555″

No to jedziemy: zakup takiego sprzętu nie jest pozbawiony sensu porównując go do innych zestawów dynamicznych w podobnej cenie (wystarczy sobie policzyć), dlatego jeśli tego nie rozumiesz – trudno, jest mi z tego powodu przykro, ale przynajmniej oszczędź mi swojej, pozwolę sobie na powiedzenie wprost – nic nie wartej, opinii w świetle poruszanego we wpisie przedziału cenowego (który przypomnę jest ponad 10x większy niż koszt samych HD555) i nie komentuj. Gdyby wpis traktował o słuchawkach za 300-350zł, komentarz na pewno byłby bardziej wartościowy. A tak, jest to zwykły spam, który został przeze mnie usunięty. Nie, nie każę komentować niczego w superlatywach, ale cenię sobie po prostu pisanie na temat, nie obok. Mimo że Techfanatyk nie jest forum a blogiem, w komentarzach również obowiązują pewne zasady, zwłaszcza konceptualne, dotyczące tego o czym w niniejszym felietonie postanowiłem napisać, zaś zasada ta jest uniwersalna – bo wykracza mocno poza ramy samego TF’a i ma takie same przełożenie na inne blogi oraz portale. Pomijam też fakt że osoba która napisała zacytowany przeze mnie komentarz nigdy w życiu nie słyszała nawet jak brzmią słuchawki orthodynamiczne, elektrostatyczne czy też porządnej klasy dynamiki, które pod względem jakości brzmienia w porównaniu do HD555 są jak porównywanie jajka przepiórczego ze strusim, sądząc jednak po jego treści – nigdy się nie dowie.

Kwota kwocie nierówna?
Ciekawe jest natomiast że gdy przychodzi do wydania 6500zł na komputer do gier, akceptacja na takowy zamiar jest nieporównywalnie większa, a przecież sytuacja jest identyczna. Dlaczego zatem na komputer do gier, który za rok będzie już przestarzały (a z punktu widzenia technologi w dużej mierze już w momencie zakupu taki jest) i będzie wymagał kolejnych inwestycji, lekką ręką przeznacza się taką kwotę a przy sprzęcie słuchawkowym + źródle za taką kwotę jest robiony tak wielki skandal? A co jeśli powiem że przy takim sprzęcie można się bawić równie dobrze co przy komputerze? Że czas poświęcony na grę jest gorzej spożytkowany niż ten spędzony w fotelu przy spektakularnym ambiencie, takim jak „Petrified Wisdom” z albumu Indalo Bruna Sanfilippo i Maxa Corbacho czy też „Autumn” z albumu Transmigration autorstwa Reny Jones? Bo nie ma krwi i latających ludzkich szczątków? Nie ma takich „emocji”? Są, tylko do tego trzeba dojrzeć lub po prostu mieć ku temu ochotę. Co ważniejsze jednak – przy sprzęcie na który wydało się sporą ilość pieniędzy nie ma zmartwień że coś jest nie tak jak trzeba, że chłodzenie się brudzi albo jest mało wydajne, że wydajność sprzętu spada, że trzeba będzie w wakacje zmienić kartę graficzną, dokupić dysk bo znów trzeba coś usuwać z dwóch partycji aby było miejsce itp. Kupuję i mam, nie muszę nic zmieniać, wystarczy dopasować wszystko do siebie. W czasie gdy ktoś wyda 6500zł na komputer, a ja taką samą kwotę przeznaczę na słuchawki, wzmacniacz i dobre źródło, za rok okaże się że na skutek różnorodnych ulepszeń, komputer wyniesie więcej niż kwota wyjściowa. Czemu na to również nie ma słowa krytyki i nadal panuje niezmienna akceptacja? A może po prostu oceny pochodzą od nie tych ludzi co trzeba? Skoro tak, pozostaje więc zadać sobie pytanie, dlaczego ludzie są tak wielkie tendencje do szufladkowania samych siebie…

Wracając do sedna, powyższy przykład z HD555, niby niepozorny, pokazuje jak na dłoni problem braku zrozumienia dla czyichś decyzji / pasji / hobby, jakkolwiek każdy będzie w stanie to w swoim przypadku nazwać. Jest to też jeden z bezpośrednich powód dlaczego pojęcie „audiofil” otrzymało wydźwięk negatywny. Po prostu jeśli komuś nie mieści się w głowie jak można wydać ponad 40 000zł na nieprodukowane już i do dziś bardzo wysoko cenione, wręcz legendarne, elektrostatyczne Sennheiser HE90 Orhpeus, to na pewno nie daje mu to prawa do wyśmiewania się lub krytykowania tylko dlatego że on sam by tyle nie wydał, bo zadowolą go słuchawki za max. 150zł z MediaMarkt. Tak się składa że Orpheus jest uznawany przez wiele osób za najlepsze i najwierniej grające słuchawki jakie kiedykolwiek zostały stworzone przez człowieka… i jest w tym sporo prawdy. Jednak gdybym to ja spotkał taką osobę, która nabyła je za tak bajońską sumę, której sam, mimo że kocham słuchawki, w życiu bym nie wydał bo nie pozwalałby mi na to jednak rozsądek i chłodna kalkulacja, najpewniej i jakość posiadanego przeze mnie systemu, gorąco prosiłbym o odsłuch zamiast próbować pisnąć choćby słowo krytyki. Niecodzienne bowiem jest to przeżycie mieć na głowie taki sprzęt, a przecież wszyscy żyjemy tylko raz. Być może nie byłoby już później takiej okazji.

Wnioski końcowe
Wiadomo już co kryje się za pojęciami „audiofila” i „melomana”, jasne jest kiedy powinno się ich używać i w stosunku do kogo, stwierdziliśmy również że audiofilia jest swego rodzaju uzupełnieniem melomanii, wreszcie – postawione zostało jasno to, jaki „problem” mają z tymi osobami inne, kompletnie nierozumiejące pobudek którymi się one kierują. Zadać sobie można tutaj pytanie: a co ja bym zrobił gdybym spotkał się z czyjąś pasją, zwłaszcza tak kosztowną? Jeśli reakcja byłaby prześmiewcza i udowadniała np. jak to pomalować można sobie w MSPaint’cie zamiast kosztować się na pędzle, farby, płótna, blejtramy i sztalugi, to raczej coś nie jest tak jak być powinno i najwyższy chyba czas zastanowić się nad sobą i swoją postawą wobec innych ludzi, nie tylko tych zdawałoby się „stukniętych na punkcie dźwięku audiofilów i melomanów” ale również i innych dziedzin hobbystycznych. Bo może się kiedyś tak zdarzyć że to Wy będziecie mieli swoje hobby, swoją pasję, a ludzie będą z Was robić, mówiąc potocznie, czubków i sądzę że raczej nie będzie się to Wam zbytnio podobało. Postawienie siebie po drugiej stronie barykady to najszybszy i najlepszy sposób na choć minimalną próbę zrozumienia odczuć drugiej osoby w kontekście pewnych sytuacji i zachowań. A wspomnieć o tym należy, bo nie są to przypadki pojedyncze, tylko swego rodzaju niezdrowa okoliczność powstająca zbyt często, nad którą warto się pochylić i ją przeanalizować, każdy we własnym zakresie, do czego naturalnie gorąco zachęcam.



Komentarze (8) do “Felieton: Audiofil, meloman i nieporozumienie”

  1. Kot pisze:

    Jak bym się określił? Ni jedno, ni drugie – potrafię czerpać przyjemność tak ze słuchania muzyki jak i odkrywania sprzętu… Ale mój „próg”, jak to odkryłeś, jest niski – przy muzyce może to być równie dobrze jakiś szwedzki metal, popowe gwiazdy (niektóre) jak i ambitny jazz, nie widzę wyraźnej przewagi w słuchaniu tego ostatniego.

    Co do sprzętu – zauważę różnicę między słuchawkami za 10 zł, a tymi za 100 zł. Ale między tymi za 100 a za 1000 raczej bym nie zauważył. Chociaż nie wiem, może zauważyłbym, że w którychś bardziej słychać basy. Ale to akurat jak porównywanie grafiki z dwóch konsol na podstawie tego, że screen z jednej jest nieco jaśniejszy :p

    Ogółem strasznie fajny blog, co prawda większości wiedzy pewnie nigdy nie wykorzystam, ale miło poczytać i na pewno coś z tego wykorzystam, zwłaszcza że niedługo kupuję słuchawki.

  2. Magda pisze:

    Ciekawy artykul:) Ja lubie sluchac muzyki klasycznej, zwlaszcza skrzypiec i czysty dzwiek przyprawia mnie o przyjemne dreszcze. Nie znam sie na sprzecie, czerpie przyjemnosc ze sluchania. Mam swiadomosc, ze to co dobrej jakosci kosztuje.

    Wielu ludzi zwraca wieksza uwage na sprzet, parametry, aby sie poczuc lepiej, bardziej dowartosciowac?, niz na sama jakosc odbioru muzyki.
    Przypomina mi to spory pewnych wlascicieli aparatow fotograficznych, obiektywow, czyj jest lepszy, czyj drozszy, ale zdjeciami sie nie chwala, bo ich nie robia. Po co wiec ten sprzet? :)

  3. Aspołecznik pisze:

    Dobrnąłem do końca artykułu, dość długiego, a to już wielki dla niego plus (w dobie „szybko szybko i efektownie”:) Ciekawie wyjaśnione i pragmatycznie potraktowane zagadnienie. Myślę, że ważna sprawa (i w moim przypadku tak jest, a nie uważam się za audiofila;)to spróbować sprzętu z wyższej półki i może, gdy dostrzeże się różnicę, znajdzie się w sobie ogranicznik dla ignorancji a zarazem wzbudzi tolerancję nawet dla kogoś kto wydał 40 tyś na słuchawki- w końcu wszystko zależy od stanu jego konta;)

  4. Michał pisze:

    W moim odczuciu nie ma potrzeby ‘ratowania’ definicji audiofila. Jak już na początku tekstu autor wspomniał – została ona wypaczona, dziś jest nacechowana negatywnie.

    Jest to naturalna kolej rzeczy, słowa zmieniają swoje znaczenie, a nie istnieje chyba nigdzie konkretna i precyzyjna definicja tak audiofila jak i melomana. Pierwsze zdanie z Wikipedii: „pojęcie audiofila nie jest ostro zdefiniowane”, zatem podlega nadinterpretacjom i wypaczeniom.

    Dlaczego uważam, że nie warto bronić ‘czystości’ definicji? Ano dlatego, że coraz częściej spotykam się z tak zwanymi audiofilami i z przykrością muszę stwierdzić, że lwia część z nich to Ci wypaczeni. Mam wrażenie, że tylko niewielki odsetek osób, do których pasuje definicja audiofila jest faktycznie tymi ‘dobrymi’, nie wypaczonymi.

    Jako przykład podam moją ostatnią wizytę w salonie audio Naim, w którym odbyła się prezentacja sprzętu Focala i Lingdorfa. W sali odsłuchowej był przygotowany zestaw za blisko pół miliona PLN. Zauważyłem, że najczęściej padającym pytaniem było: „w jakim przedziale cenowym mieści się sprzęt”. Dla ‘audiofilów’ nie istotne było jakie lampy zostały użyte we wzmacniaczu, z czego zbudowany jest tweeter kolumn. Nie skupiali się zbytnio na słuchaniu, chętniej sięgali po kieliszki pełne wina oferowane za free w ramach poczęstunku.

    Sam propaguję żonglerkę sprzętem w skali, którą niejeden uznałby za wariactwo jednak nigdy nie nazwałbym siebie melomanem, a tym bardziej audiofilem. Nie identyfikuję się z definicją, a więc nie mam potrzeby jej precyzować.

  5. Arthass pisze:

    Generalnie zgadzam się z tobą do momentu porównania z komputerem, które jest imo niezbyt trafione. Musisz wziąć pod uwagę to, że komputer jest jednak bardziej „uniwersalnym” urządzeniem, można go wykorzystywać na wiele sposobów (ty natomiast sprowadziłeś go tylko i wyłącznie do gier). Słuchawki za to służą tylko (a może i aż) do słuchania muzyki.
    Kolejna kwestia to odniesienie się do gier, które jak zrozumiałem w twoim mniemaniu skupiają się jedynie na krwi i latających szczątkach. Niestety takie szufladkowanie gier jest dla mnie co najmniej oznaką ignorancji i (uwaga!) brakiem zrozumienia dla czyjejś pasji/hobby(sic!). Przyznaję, że współczesny rynek gier jest nastawiony na „masówkę” i bezmyślne klikanie „na czas”, ale jednak gdy poszukamy głębiej to można znaleźć prawdziwe perełki, których część fabularna(tak, niektóre gry mają fabułę i to całkiem niezłą!) nie powstydziłaby się najlepszych książek czy filmów.
    Na koniec dodam tylko, że sam lubię słuchać muzykę w dobrej jakości, nierzadko zdarza mi się kupić odtwarzacz czy słuchawki w granicach 1000zł (ta kwota jest moją barierą psychiczną :P )
    Moja wypowiedź nie ma też na celu obrażać osoby autora tekstu, a jeśli pan (pani?) EvilKillaruna w taki sposób ją odbierze to z góry przepraszam

  6. Arthass pisze:

    ps. możesz rozwinąć zdanie:
    „Że czas poświęcony na grę jest gorzej spożytkowany niż ten spędzony w fotelu przy spektakularnym ambiencie, takim jak “Petrified Wisdom” z albumu Indalo Bruna Sanfilippo i Maxa Corbacho czy też “Autumn” z albumu Transmigration autorstwa Reny Jones?”

    wyjaśnij mi proszę co to znaczy, że czas jest lepiej czy gorzej spożytkowany? jak to się obiektywnie mierzy, ocenia? jakimi kryteriami trzeba się posługiwać w ocenie tego typu „zjawiska”?

  7. EvilKillaruna pisze:

    Biorę to oczywiście pod uwagę, jako że z komputera (w zasadzie komputerów – gdyż mam więcej niż jeden) nie korzystam chyba tylko wtedy gdy śpię i wiem jakie ten sprzęt niesie ze sobą możliwości (inaczej myślę że nie miałoby sensu z mojej strony poruszanie w ogóle tematyki komputerowej na niniejszym blogu).
    Tak, sprowadziłem do gier, ponieważ jest to najczęstsze (prócz internetu i filmów) jego używanie, naturalnie generalizując.

    To że wspomniałem jedynie o krwi i latających szczątkach – po pierwsze: nie oznacza automatycznie że cokolwiek szufladkuję, po drugie: a czyż wyśmienita większość gier nie ma w sobie przemocy? Wiele osób bez latających flaków nawet nie patrzy na dane gry, dla nich tytuły w które np. sam osobiście gram są, mówiąc kolokwialnie, „stare, nudne i do bani” (Supreme Commander, Settlers III, Anno 1602 etc. etc.). Nie potrzebuję grafiki o jakości rodem z Crisisa, patrzę na grywalność, potem na grafikę itp.

    Pan. Nie, nie obraziłem się, gdyby komentarz był obraźliwy, po prostu bym go moderował ;) .

    Tego się w zasadzie nie da obiektywnie zmierzyć, dlatego też ten tekst jest umieszczony w Felietonach. Ale aby przynajmniej spróbować odpowiedzieć na te pytania: to znaczy że w oparciu o moje subiektywne wartościowanie różnych czynności na osi czasowej w cyklu dziennym, czyli po ludzku: przychodzę z pracy i mam ok. 5-6 godzin do spożytkowania na przebranie się, zrobienie czegoś do jedzenia i [czynność] (którą można wykonać przez to co się z tych 5-6h zostało), granie jest gorszym wyborem niż gdyby się rozsiąść w fotelu przy uspokajającej (na przykład) muzyce i przemyśleniach z całego dnia, dzięki którym można dojść z sobą samym do ładu, wniosków które pomogą przy późniejszych podobnych sytuacjach etc. Po prostu czyste wyciszenie się, bez wkładania wysiłku w grę. Oczywiście że czasem trzeba się wyszaleć, wyżyć, ot tak po prostu, ale w moim wieku coraz częściej dochodzi się do wniosku że po prostu nie ma się na to czasu ;) .

  8. Arthass pisze:

    Dzięki za rzeczową odpowiedź. Jeszcze odnośnie ostatniej części twojej wypowiedzi (tak trafiłeś na upierdliwego typka ;D): rozumiem, że to czy czas spędzony na jakiejś czynności jest lepiej lub gorzej spożytkowany zależy od subiektywnej oceny osoby w nią zaangażowanej. Mówiąc prościej: jeżeli coś co robię w wolnym czasie sprawia mi przyjemność/uszczęśliwia mnie (np. słuchanie muzyki na „dobrym” sprzęcie czy oglądanie krwi i latających zwłok) to jest to wg mnie dobrze spożytkowany czas, bo chyba o to chodzi, by robić to co się lubi, czyż nie? Pomijam tu oczywiście kwestie przyszłych korzyści wynikających z poświęcania danej czynności swojego czasu, gdyż wtedy na podstawie kalkulacji (oczywiście zbliżonej) przewidywanego zysku(w znaczeniu ogólnym)można już w miarę obiektywnie ocenić co będzie lepiej/gorzej spożytkowanym czasem.
    Jeszcze raz podkreślam, że ten felieton jest w mojej opinii na prawdę genialnie przygotowany oraz szanuję twoją pracę włożoną w jego stworzenie. Przyznaję, czepiam się szczegółów, ale nie wynika to z mojej złośliwości, czy chęci zakwestionowania twojego sposobu myślenia, raczej wypływa to z tego, iż jestem dość dociekliwą osobą i lubię rozwiewać pewne wątpliwości, nawet jeśli wydają się błahe i niewarte poruszania, bo moim głównym celem jest w tym wypadku sprowokowanie rozmowy powodującej wymianę i konfrontację poglądów, a w konsekwencji ich utwierdzenie lub weryfikację we własnym zakresie.
    Dobra już nie zanudzam, wróćmy lepiej do tematu przewodniego ;)
    Jeszcze raz szacunek, że poświęcasz swój czas, energię na stworzenie czegoś wartościowego i jednocześnie pobudzającego do refleksji.
    pozdrawiam

Skomentuj wpis