Ostatnio recenzowałem na łamach Techfanatyka głównie słuchawki i to producenta którego cenię sobie bardzo wysoko, głównie dlatego że wśród słuchawek dynamicznych oferuje ciekawe brzmienie i interesujące rozwiązania z zakresu ergonomii w cenie, której grzech jest nie nazwać konkurencyjną. Jednakże nadal jest to sprzęt dostępny dla zwykłego użytkownika, nawet K240, jakby się uprzeć, są rozwiązaniem osiągalnym dla większości osób.
Co jednak się stanie jeśli zamiast “groovelizerów” za 600-650zł, ktoś wpadnie na pomysł aby zbudować setup wraz ze wzmacniaczem dedykowanym za 3-3,5 tys. zł? Niniejsza recenzja właśnie taki krok opisuje. Przed Wami zatem bardzo długa, subtelna, odautorska, niemal filozoficzna w pewnych miejscach prezentacja zestawu STAX SRS-3010, złożonego z energizera SRM-310 i słuchawek elektrostatycznych Lambda Basic SR-202. Prawdopodobnie też będzie to ostatnia tak duża recenzja słuchawek w tym roku, bowiem chyba właśnie znalazłem się na krawędzi swoich poszukiwań, a powód takiego stanu rzeczy jest przedmiotem niniejszej recenzji.
.
Earspeakery mają to do siebie że ich brzmienie docenić mogą tylko osoby które szukają konkretnie tego właśnie brzmienia. Jak już wspominałem kilkukrotnie w różnych publikacjach i na forum, każdy użytkownik słuchawek jest poszukiwaczem, szuka dla siebie najlepszego dźwięku, takiego przy którym mógłby spocząć na resztę życia. Jest to poszukiwanie tego jednego, jedynego modelu który by głód ten zaspokoił, dzięki zaserwowaniu dźwięku w najbardziej przystępnej formie. Tak jak jedni nie lubią ryb, inni czosnku, a jeszcze inni są wegetarianami, tak samo w kwestii słuchawek, głośników, systemów przestrzennych, są różne upodobania i oczekiwania co do serwowanego dania. Dla jednego dźwięk oferowany przez AKG K702 będzie cudowny, zwłaszcza na wymyślnie skonstruowanym torze, bezpośrednio pod te konkretne słuchawki, dla innego jednak to muzyka oferowana przez Sennheisery HD650 będzie miała pierwszeństwo. Ktoś jednak tupnie nogą, pogrozi palcem i wskaże GRADO GS1000 jako najlepsze rozwiązanie dynamiczne stworzone przez człowieka. Pojawi się zapewne i czwarta osoba, wielbiąca Beyerdynamic’a, który również jest wspaniałą firmą tworzącą wygodne i ciekawe słuchawki. Do całej tej plejady gustów i guścików jednakże dochodzi piąta, skryta i nieśmiała, jednak wyciągająca zza pleców dwie rzeczy, przy których wszystkie cztery milkną na chwilę. Oto bowiem słuchawki zupełnie nietuzinkowe, wręcz egzotyczne, nie tylko w zakresie wzornictwa i brzmienia, ale ogólnie sposobu działania. Coś co funkcjonuje tylko w sytuacji gdy ma swojego towarzysza, jak śpiewał Krzysztof Cugowski “.. bo do tanga trzeba dwojga”, inaczej milknie i nie odzywa się z niemal niczym innym.
Szczerze, muszę przyznać że chyba nigdy nie widziałem siebie w prawdziwym high-endzie, zawsze najbardziej pociągał mnie środek – w wypadku słuchawek można przez to rozumieć rozwiązania optymalne, tak pod względem gabarytów i jak i możliwości do ceny. Dlatego też nie jestem posiadaczem żadnego super-topowego modelu słuchawek, komputera, odtwarzacza, czy czegokolwiek innego, tak samo i opisywany tu model nie jest uznawany przez rasowych audiofilów za nic szczególnego, choć jednocześnie ma i tak wiele do pokazania na tle słuchawek dynamicznych.
Krzywa zysku do ceny w wypadku wielu przedmiotów użytkowych nigdy nie była i nie będzie linią prostą, zawsze wskoczenie na wyższy poziom będzie się wiązało z coraz większymi wydatkami, coraz mniej adekwatnymi do uzyskiwanych rezultatów. Jeśli dodamy tu konieczność posiadania dobrego toru aby kupione za grube tysiące słuchawki mogły się w pełni zaprezentować, wyższe półki zaczynają prezentować się naprawdę niewdzięcznie wobec kupującego. Nie dość bowiem że koszta są ogromne, to jeszcze istnieje duże prawdopodobieństwo że coś się ze sobą nie zgra tak jak powinno, dobierze się coś nie tak jak trzeba. Chcę przez to powiedzieć że czasami trzymanie się bliżej środka ofert producentów może być krokiem bardzo roztropnym i pozwalającym się po prostu nie rozczarować.
Ten wniosek będzie towarzyszył nam w podróży przez tą recenzję w kilku miejscach, przynajmniej, zwłaszcza że sam występuję w tej recenzji z pozycji osoby doświadczonej na swój sposób na polu słuchawek dynamicznych, jednakże będącą go pozbawioną w spotkaniu ze słuchawkami elektrostatycznymi – to również na swój sposób jakoby wymuszało podejście od strony modeli położonych nisko. Może to też w pewnym sensie i lepiej biorąc pod uwagę źródła jakimi na chwilę obecną dysponuję. Można pokusić się nawet o stwierdzenie że gabarytowo wszystko jest do siebie dobrane odpowiednio, przez te wszystkie lata spędzone z głową w dźwiękach zawsze starałem się uniknąć postrzegania sprzętu pod kątem ceny lub nazwy. Kiedyś przeczytałem pewne stwierdzenie w czyjejś sygnaturce: “słucha się muzyki a nie sprzętu” … i jest to szczera prawda. Nie sztuką bowiem jest kupić sobie Omegi i chełpić się nimi na prawo i lewo jeśli nie ma się odpowiedniego dlań źródła i w zasadzie dźwięk nie przynosi takiej przyjemności jaką powinien… no ale “ja mam Omegi”. Przejdźmy jednak do sedna a więc właściwego celu tej recenzji, ponieważ na temat utartych schematów i mentalności zawsze można długo i gęsto dyskutować.
Postawmy sprawę jasno już na samym początku – jeśli interesujecie się słuchawkami, to … w zasadzie połowa recenzji jest tu zbędna – już w tym momencie bowiem wiecie czego się spodziewać po takich słuchawkach, czym jest STAX i dlaczego jego cena jest tak wysoka, nawet za najtańsze modele. Jednakże myślę że bardzo na miejscu byłoby przybliżenie istoty tego zestawu aby, przynajmniej w minimalnym stopniu spróbować zrozumieć jego sens.
Zasada funkcjonowania słuchawek elektrostatycznych może być na dobrą sprawę sprowadzona tylko do dwóch rzeczy – sposobu działania membrany oraz zakresów częstotliwości przenoszenia jakie są dzięki niej uzyskiwane.
W klasycznych słuchawkach membrana jest wprawiana w ruch przez cewkę z magnesem neodymowym (najczęściej obecnie), musi mieć jednakże swoją grubość i sztywność, a to przekłada się na jej wagę. W przypadku SR-202, membrana jest wykonana z ultra-cienkiej folii, wprawianej w ruch za pomocą polaryzacji elektrod skrajnych, co pozwala uzyskać niespotykaną lekkość wszystkich rejestrów, a co znajduje swoje odzwierciedlenie chociażby w liczbach. Do, nie tyle poprawnej co jakiejkolwiek, pracy jest niezbędny wzmacniacz – i to nie byle jaki. Słuchawki elektrostatyczne muszą mieć zapodane na siebie bardzo wysokie napięcie polaryzacji, w opisywanym modelu (i w zasadzie wszystkich STAX’ach z gniazdkami PRO) wynoszące ok. 580V. Cechują się też wręcz idiotycznym oporem na poziomie 70 kOhm. Wzmacniacz pełni tu rolę zasilacza, łącznie określany jest więc jako energizer.
Główne pytanie jakie nasuwa się w tym miejscu pewnie większości z Was jest następujące: “skąd taka cena?”. Odpowiedzi jest kilka i wszystkie są na swój sposób składowymi jednego obrazu.
Aby z premedytacją “dobić” czytające ten fragment osoby stwierdzę, że SRS-3010 nie są wcale słuchawkami drogimi, model SRS-3050 II to koszt rzędu 5400zł, SRS-4040 Signature – ok. 7500zł, a naprawdę topowe, np. SR-007 Omega II, nie są u nas oferowane. Ich ceny jednakże przekraczają kwoty 4000 euro (przeliczając na dzień dzisiejszy = 17 500zł). Ale do rzeczy…
1. Popularność
Nie oszukujmy się, tego typu sprzęt jest bardzo trudno osiągalny. W zasadzie dostępny jedynie w jednym sklepie w kraju. Na Allegro bardzo trudno jest znaleźć używki a jeśli już są, nadal istnieje duże ryzyko podczas transakcji, bowiem kwota jest nadal spora. Do tego producent nie jest zbyt znany – u zwykłego użytkownika pojęcie słuchawek kończy się na półkach w hipermarkecie a Philipsy czy też najtańsze Sennheisery to, dosłownie, szczytowy szczyt szczytów szczytujących ponad szczytami. Z tym aspektem jest u nas w kraju gorzej niż w przypadku znajomości marek KOSS czy AKG…
2. Technologia elektrostatyczna
ES produkuje w zasadzie tylko STAX, a przynajmniej w charakterze oferty całościowej. U innych producentów takie produkty to bardziej historie epizodyczne, jak np. Sennheiser HE 60 czy też KOSS ESP/950. Te drugie są, aby było śmieszniej, dostępne za kwotę jeszcze większą niż nawet 3050 II, bo 5700zł.
3. Wykorzystanie ES w praktyce
Największą sztuką w przypadku słuchawek ES jest wykorzystanie tej technologii w pełni. W rzeczywistości bardzo trudno jest osiągnąć zbalansowane ze wszech miar brzmienie za pomocą tego typu membran, dlatego też sprzęt tego typu jest tak drogi. Mało tego, dodatkową wadą jest tu wykorzystanie energizerów – bez nich słuchawki nie funkcjonują, nie są kompatybilne z żadnym innym gniazdem słuchawkowym znanym z konwencjonalnych konstrukcji wzmacniaczy, zaś zamienniki innych producentów potrafią być droższe od samych oryginałów STAX’a.
4. Marketing cenowy
W wielu przypadkach zdarza się że efekt marketingowy jest osiągany przez cenę – jej wielkość określać może klasę sprzętu. Po części ma ona zastosowanie i w przypadku japońskiego producenta, choć wcześniejsze punkty same w sobie skutecznie windują ją w górę.
Tak więc okazuje się że nabywca takich słuchawek trzyma w rękach coś co:
- będzie mógł użyć tylko przy dobrym źródle,
- uruchomi tylko w zamkniętym pomieszczeniu,
- ze względu na otwartą konstrukcję słuchawek, będzie mógł używać tylko w relatywnie cichym pomieszczeniu,
- będzie potem relatywnie trudno sprzedać.
Te cechy sprawiają że jakikolwiek zestaw STAX’a nie przekreśla jednak użycia słuchawek dynamicznych, choć ryzyko braku powrotu do tego typu konstrukcji jest bardzo duże. Czemu? O tym później.
.
Co w pudle piszczy
Wiele. W jednym pudełku znajdują się dwa mniejsze – osobno dla słuchawek i dla energizera. Wszystko zaś zapakowane zostało z użyciem styropianowych profili. Także na całość składa się:
- energizer
- słuchawki
- niezbędna dokumentacja
- kabel sygnałowy 2xRCA – 2xRCA
- kątowy kabel IEC
- wkrętaczek do przekręcania śrubki balansu
Energizer SRM-310
Pomijając słuchawki, główne różnice znajdują się we wzmacniaczach – energizerach. W porównaniu do najtańszych SRS-2020 i SRS-2050 II, energizer jest konstrukcją nową, stojącą i zbudowaną w zasadzie od zera. Jest to o tyle ciekawe że w przypadku 2020 i 2050 II:
- wzmacniacz staje się od razu stojakiem pod słuchawki
- nie posiada zewnętrznego zasiania, ma gniazdo IEC takie samo jak w przypadku droższych konstrukcji.
Zintegrowana sekcja zasilająca będzie miała swoje konsekwencje w jakości uzyskiwanego dźwięku… i to całkiem spore. Największym bowiem mankamentem najtańszych konstrukcji STAXa jest przekazywanie dolnych rejestrów, występują tu podobne zjawiska jak w przypadku “niedotlenienia” słuchawek dynamicznych na polu napędu płynącego ze źródła. Jak wspominałem wcześniej – na słuchawki podawane jest napięcie 580V, oznacza to wymóg należytego zasilenia samych Lambd i zintegrowane zasilanie bez udziału jakichkolwiek zasilaczy sieciowych zewnętrznych, niewątpliwie tą sytuację poprawia na tle 2050 II. Dodatkowym atutem jest tu również głośność, SRM-310 oferuje po prostu więcej mocy, wzmocnienie wynosi tu prawie 50 dB.
Jeśli w tym miejscu wspomnę że dla jednej pary słuchawek pasmo przenoszenia tego urządzenia wynosi od 4Hz do 70KHz.. no właśnie.
Wracając jednak do możliwości czysto praktycznych SRM-310, energizer posiada przelotkowe złącza RCA dla wejścia i wyjścia, co pozwala na podpięcie in/output’a z tylko jednego urządzenia bezpośrednio. Prócz wspomnianego gniazdka IEC jest jeszcze specjalne gniazdko GND przeznaczone na uziemienie oraz małe ukryte pokrętło do regulacji balansu.
Przód prezentuje się okazale – czarno-metaliczna pokrywa ze szczotkowanego aluminium nadaje zestawowi niesłychanego powabu i elegancji, choć jednocześnie zostawia na sobie trudne do usunięcia ślady palców. Podczas gdy w SRS-2050 II pokrętło głośności jest jednocześnie włącznikiem wzmacniacza, tutaj obie te rzeczy są rozdzielone. Doszło również drugie gniazdko PRO ONLY, przeznaczone pod nowsze konstrukcje STAXa z wtykami 5-bolcowymi (starsze słuchawki miały 6 bolców i zasilane były napięciem 230V). Kompatybilność na tym polu zachodzi, niestety tylko w jedną stronę.
Po co drugie gniazdo? Z kilku powodów. Przede wszystkim – jako że jest to sprzęt dedykowany, niemożliwe jest podpięcie słuchawek gdzie indziej. Drugie gniazdko umożliwia porównywanie różnych rodzajów Lambd ze sobą, odsłuch we dwoje, wreszcie – w przypadku awarii / wyrobienia się – dalsze korzystanie z urządzenia (np. po upływie okresu gwarancyjnego trwającego 2 lata).
Mocno nagrzewające się elementy elektroniczne zostały umieszczone wysoko, tam też znajdują się otwory wentylacyjne (na dole również – zimne powietrze zasysane jest na zasadzie różnicy wagi ciepłego i zimnego powietrza), przykryte stalową opaską ułatwiającą dodatkowo przenoszenie energizera i nie pozwalające na zasłanianie otworów wentylacyjnych. Nie jest to jednak coś czym warto się ekscytować, prócz zaledwie kilku konstrukcji STAX’a, jest to sprzęt wysoce „niemobilny”. Poza tym waży niemal 2kg. Podczas pracy SRM-310, świeci się czerwona diodka, jednakże nie przeszkadza ona nawet jeśli patrzy się bezpośrednio w nią.
W porównaniu do wyższych modeli STAXa, SRS-3010 oferują tą samą jakość i przejrzystość, po prostu w mniejszym stopniu niż droższe modele z tej serii.
Słuchawki SR-202
Opisywany model posiada w sobie słuchawki identyczne jak zestawy SRS-2020 i 2050, a więc SR-202 Lambda Basic. STAX nie sprzedaje ich niestety osobno, także zakup zawsze musi się wiązać z kupnem wzmacniacza dedykowanego, chyba że będziemy próbowali nabyć używki. Od modeli 303 i 404 różnią się przede wszystkim kolorem samych słuchawek oraz oznaczeń. Basic są turkusowe, Classic fioletowe, Signature pomarańczowe. Sam kolor tego modelu zaś to gustowna czerń.
Lambdy to stare, sprawdzone konstrukcje o naprawdę nietuzinkowym wyglądzie, będącym owocem ponad 40-stu lat doświadczenia produkcyjnego tej firmy. Czemu do tego nawiązuję? Bo nabywając STAX’a trudno nie oprzeć się wrażeniu że ma w sobie nieco elementów wręcz archaicznych, że dostajemy coś co jest produkowane od długiego czasu w niemal niezmienionej formie.
Ich działanie, tj. trzymanie się na głowie, jest w zasadzie identyczne jak w przypadku modeli AKG – mamy więc tu kabłąk z wytrzymałego plastiku oraz opaskę z materiału, pełniącego bazę dla wielu wyrobów skóropodobnych. W odróżnieniu jednakże od AKG, regulacja zakresu opaski jest ręczna, pozbawiona jest bowiem gumek ściągających na rzecz zwykłych bloczków z oporem przy przesuwaniu.
Earpady są wykonane z wysokiej jakości imitacji skóry, zszywanej po bokach i … przyklejonej do powierzchni słuchawek. Jest to niestety najsłabszy element wszystkich Lambd – klej lubi po jakimś czasie puszczać, ale naprawa tego elementu jest po prostu banalna. Wystarczy bowiem samoprzylepna taśma dwustronna. W przypadku ruszania słuchawkami, np. poprawiania ich lub potrząsania głową następuje przykry efekt dźwiękowy powodowany przez pracujące krawędzie earpadów i kleju. Pewne zastrzeżenia można mieć również do niektórych elementów plastikowych samych słuchawek, które po prostu wydają się nieco zbyt “tanie”, a na których widać wszystkie rysy i otarcia ze względu na ich matową fakturę.
Można naturalnie oburzyć się w tym miejscu że przecież zapłaciło się tyle za taki sprzęt a coś, mówiąc kolokwialnie, “nie bangla tak jak trzeba”. Owszem, jednakże nie jest to najmniejsza przeszkoda w zakresie użytkowym, nie wpływa w najmniejszym nawet stopniu na odbiór muzyki za pomocą tych słuchawek, a w przypadku tej kwestii, możecie mi wierzyć, wybaczylibyście tym słuchawkom naprawdę wiele gdybyście mogli ich posłuchać. Pasmo przenoszenia w tym modelu wynosi bowiem, tak jak wspominałem, od 7Hz do 41KHz, co jak na zestaw za “tylko” 3-3,5k zł jest wręcz imponujące.
Kable to płaskie, 6-ciożyłowe taśmy LC-OFC o długości 2,5m idące od obu słuchawek, co wystarcza na komfortowy odsłuch w większej odległości od zestawu (przypominam że takiej długości kabel jest przy AKG K518 DJ, zaś wszystkie modele od K1xx w górę mają m.in. kable 3m proste). Co ciekawe, po splocie kabel łączy się ale na jego środku – dokładnie między dwiema wiązkami po 3 żyły – jest elastyczna gumowa przerwa, która pomaga niwelować negatywne skutki zginania kabla w pół.
Pod względem komfortu SR-202 przedstawiają się rewelacyjnie. Już na samym początku można odkryć bardzo praktyczną zaletę SR-ek – brak welurowych padów powoduje że się nie brudzą w tak szybkim tempie, a to właśnie welur jest najczęściej wybieranym wykończeniem słuchawek dynamicznych klasy Hi-Fi .. i to tych przez duże H i F. Są również bardzo lekkie, ważą tylko nieco ponad 400g, a co czuć od razu po założeniu. Przyznam że nie czułem się tak wygodnie w żadnych słuchawkach od czasu UR40. Docisk jest delikatny a w połączeniu z charakterystyką smukłych skóropodobnych earpadów niemal z miejsca już przy pierwszym założeniu ma się wrażenie, że słuchawki zostały jakimś cudownym sposobem wręcz skrojone na miarę dla użytkownika. Inne osoby które przymierzały SR-202, nawet o małych głowach, potwierdzały tylko niezwykłą wygodę tego modelu.
Ze względu na specyficzną otwartą budowę, można usłyszeć dokładnie wszystko co się dzieje dookoła – izolacja jest w zasadzie zerowa. Dojrzeć za to można to co się kryje w środku słuchawek – pod plastikowym grillem znajduje się bowiem bardzo rzadka i cienka gąbka ochronna oraz membrana z folii wraz z elektrodami polaryzującymi, ukrytymi całościowo pod dodatkową osłonką z wytrzymałej siatki. Gąbka i owa siatka znajdują się także w środku słuchawek od strony ucha, także przypadkowy kontakt z membraną, nawet w przypadku osób z bardzo dużymi, odstającymi uszami, jest niemożliwy. Słuchawki bardzo łatwo rozpoznać na kanałach L i R po konstrukcji – ma się to analogicznie jak w przypadku AKG K518 oraz wszystkich ich kompaktów. W wymienionych modelach nawet po ciemku można zlokalizować przód słuchawek ponieważ mocowania kopuł wraz z ramionami są zawsze do słuchacza. U STAX’a słuchawki zwężają się w tą samą stronę, także przód zawsze jest bardziej odstający. Na taki zabieg zdecydowano się celowo – aby membrana była skierowana pod należytym kątem do ucha użytkownika. Dzięki temu podnosi się realizm odbieranych dźwięków które są kierunkowane precyzyjniej niż w przypadku przetworników i membran umieszczonych równolegle symetrycznie.
Na zakończenie powiem o jednej bardzo ważnej rzeczy – nabywając jakiekolwiek STAX’y należy zwrócić uwagę na napięcie. Modele te są wydawane na różne części świata, m.in. takie gdzie napięcie wynosi 110V. Ma to znaczenie głównie w przypadku używek i sprzętu importowanego. Stosowne oznaczenia zawsze znajdują się na tyle obudowy wzmacniacza, także warto prosić przed kupnem właśnie o tego typu zdjęcia.
.
Ocena brzmienia
Niestety pod ręką w chwili pisania recenzji nie miałem żadnego systemu kina domowego z prawdziwego zdarzenia, jednakże moim zamiarem i tak było póki co korzystanie z SRS-3010 na komputerze… w zasadzie komputerach. W tej roli więc wystąpiły dwie karty – Xonar D1 i Essence STX, którego przetestowałem na wbudowanym wzmacniaczu (oryginalna przelotka nasadowa AKG dołączana do K450), aby sprawdzić czy brzmienie różni się między nimi w jakikolwiek namacalny sposób, który potrafił miejscami zacierać się w pewnym stopniu przy K240 MKII. Niestety różnice między obydwiema kartami okazały się krytyczne – DX/D1 definitywnie odpadają przy tej klasy sprzęcie .. a z czego naprawdę nie jestem zaskoczony.
Podczas każdego odsłuchu jaki przeprowadzam, staram się zaprezentować dane słuchawki od pewnej konkretnej strony jeśli chodzi o dobór słuchanej muzyki, na ogół też daje się to bardzo mocno zgeneralizować, wspominając jedynie o rzeczach lepszych gorszych jakie podczas odsłuchu wyniknęły. Tak też będzie i tym razem, choć nie ukrywam że dobór muzyki będzie mocno “ukonkretyzowany” właśnie pod te konkretne słuchawki.
Na pierwszy więc ogień wrzucam coś co zrobiło na mnie wrażenie przy UR40 gdy pierwszy raz je testowałem – Jean Michel Jarre. O ile dźwięk różni się od wrażenia przestrzenności jakie miałem przy tanim modelu KOSS’a, tak chyba bliżej mu do kreacji sceny ze strony AKG. Już pierwszy utwór Oxygene ukazuje niezwykłą precyzję dźwięku i alokację w przestrzeni, która jest jednocześnie bardzo szeroka i nie polega tylko i wyłącznie na wychyleniu dźwięków w separacji L-R. Słuchający ma wrażenie że dźwięki dosłownie wędrują po słuchawce we wszystkich kierunkach, jakby konkretne fragmenty membrany miały stolik z napisem “Rezerwacja”, a przy którym siadają dźwięki z odpowiednich rejestrów. Ogromna precyzja i bliskość źródeł uderzają przy drugiej części, ma się wrażenie jakby ktoś przygarnął je wszystkie pod uszy i porozkładał, tworząc z bałaganu jaki się mógł tam wytworzyć bardzo duży prześwit przez który wpada do środka powietrze, owiewając podobne do fletów sample rozbrzmiewające pośród mających swoje miejsce na scenie innych dźwięków, towarzyszących wszystkim osobom słuchającym tego albumu od ponad 30-stu lat.
Postanawiam jednak zmienić klimat na coś bardziej delikatnego – na kwintesencję gatunku którego słucham, a więc The Stargazer’s Journey Jonn’a Sierre, a konkretnie cechującego się wspaniałym początkiem utworu Goldstone. Na początku trudno ulec wrażeniu że sypie się nieco piasku z góry, ale im dalej w utwór tym wrażenie to znika, być może przykryte genialnie realizowanym środkiem jaki zmywa wszelkie negatywy. Największą ciekawostką jest tu scena – do tej pory zapamiętałem ten utwór jako dźwięki generowane z konkretnym wyczuciem ich źródła w postaci kanału z którego się rozchodzą. Jednakże na zestawie STAX’a pojawia się ogromna i ciepła aura znajdująca się bardzo blisko środka przestrzeni znajdującego się centralnie przede mną.
Przy okazji Goldstone wychodzi na jaw poważna wada STAX’ów – te słuchawki potrzebują nie tylko odpowiednich utworów w sensie gatunkowym, ale też jakościowym. Wszystko co jest lossless utrudnia przemówienie membran Lambd do gustu słuchacza, jednakże wątpię szczerze aby osoba kupująca sprzęt tej klasy chciała słuchać na niej niskich mp3.
Czas zmienić gatunek i wykonawcę aby sprawdzić w jakiej relacji stają ze sobą konkretne rejestry – zwłaszcza dolne, które jak już wspominałem na początku są utrapieniem tańszych elektrostatów. Wybór pada na Renę Jones i jej album Driftwood – cudowne i tajemnicze połączenie ambientu, rytmu ze skrzypcami, muzyka ze wszech miar uszlachetniająca i wynosząca na pewien poziom subtelnych wrażeń estetycznych, które na pewno docenią osoby szukające muzyki klimatycznej i niepokojącej. W trakcie przesłuchiwania całość wypadła bardzo dobrze, nawet jak na wrażenie jakie zawsze pozostawiała po sobie w zakresie dołu – grzmiącego i czasami nieznośnie buczącego. Tutaj okazuje się że wszelkie niskie tony są głębokie ale… potulne, tupiące oszczędnie ale robiące to z niezwykłą gracją. Czuć że słuchawki grają nieco chłodno ale trudno spodziewać się ciepłoty po tak bardzo analitycznym brzmieniu wg mnie. Całość genialnie koreluje jednakże z pozostałymi zakresami – można powiedzieć że na uszach właśnie ma miejsce perfekcyjnie przeprowadzony koncert, pełen perfekcji i gracji, w którym co ciekawe znów odkryłem zagadkowe dźwięki jakich nie słyszałem do tej pory z powodu przykrycia przez inne ich warstwy.
Zaczepiając o wątek tajemniczości postanawiam przeskoczyć na początek mix’u 4T Thieves, będącego połączeniem wielu utworów z rozprowadzającego za darmo utwory ambientowe w Internecie kolektywu Kahvi, głównie zrzeszającego nieznanych artystów, ale też i takie tuzy jak Cell czy Bad loop, których również nie omieszkam sobie zafundować, wpisując już teraz w plan mojej podróży. Muzyka ta z początku jest ambientem dosyć specyficznym, wręcz psychodelicznym, złożonym z bardzo subtelnych dźwięków oraz “groove’owego” zejścia od czasu do czasu. Tu jednak mimo że generowane jest ono poprawnie brzmieniowo, tak nie ma swojej mocy znanej mi ze słuchawek dynamicznych. Czuć pewien niedosyt ale dziwnym trafem utwór nie cierpi przez to jakoś szczególnie – jest nawet przyjemniejszy. Idąc dalej tym tropem można natknąć się na wrażenie że jednak przestrzeń i aura generowana przez Lambdy jest tak wspaniała że można wybaczyć tym słuchawkom wszystkie wady wynikające z dołu. Pozwala też na swój sposób go zrozumieć – nie ma on swojej mocy jak już wspomniałem, więc wszyscy użytkownicy lubujący się w bassie mogą zapomnieć o tych słuchawkach, z tym że pojawia się tu jedna rzecz – dół jest nieco nieregularny, raz bowiem okazuje się nieco zbyt oszczędny, innym razem przyjemnie daje o sobie znać ale nadal z umiarem. Dzieje się tak ponieważ jest on nieziemsko precyzyjny, co objawia się na całej przestrzeni zmiksowanych ze sobą różnorodnych, czasami pozornie bardzo chaotycznych utworów.
Kolejny przystanek to Cell – a konkretnie Blue Embers z albumu Fahrenheit Project Part Five. Jest to utwór oparty o ambient ale z dużą domieszką klasycznej elektroniki. Początek tworzy bardzo specyficzny nastrój który zaczyna być zmywany przez raptowne wrażenie słabego dołu – jednakże stała się ciekawa rzecz. Jako że, będąc osobą na swój sposób wygodnicką, operowałem z łóżka, tak podłoże pod myszą jak wiadomo nie jest zbyt dobre. Ruszając suwak głośności w Foobarze niechcący szarpnąłem myszką tak że zamiast troszkę, podkręciłem sobie dźwięk sporo. Co się okazało? Że nagle wszystko się znalazło. Byłem nieco zaskoczony ale szybko wypracowałem tu prosty wniosek – te słuchawki nie są przeznaczone do cichego odsłuchu. One muszą operować na odpowiedniej głośności aby móc pokazać więcej niż może się to pierwotnie wydawać. Od tej pory nisko schodzące pomruki okazywały się bardzo ładnie wkomponowane w całość, przyjemnie generując rytm i uzupełniając wrażenie pozostawione po tym utworze.
Jak zapowiadałem, czas na Bad loop i album one018. Zamiast jednak przesłuchiwać całość, skupiłem się na dwóch ostatnich utworach. Pierwszy, o dziwnej nazwie “3b or t”, to bardzo krótki ale jednocześnie urzekający fragment ambientu. Ma lekko ponad minutę ale w tym czasie na tych słuchawkach zdołał wywołać w oczach zalążki łez – nie dość że przestrzeń wygenerowana przez Lambdy okazała się przepiękna na tyle żeby mną poruszyć, to jeszcze okazało się po podkręceniu głośności że dźwięki wydające się do tej pory szumem drzew są tak naprawdę odgłosami miasta o bardzo specyficznej charakterystyce. Przesłuchiwałem ten utwór wiele razy ale jeszcze nigdy nie zwróciłem na to uwagi.
Ostatnim utworem jest “Kannas nsp”, operujący na mieszance wielu różnorodnych dźwięków, świdrujących dosłownie w głowie. Czuć jak na dłoni że słuchawki mają w tym spory udział, bowiem dźwięk jest tak precyzyjny i ostry w górnych rejestrach, że można nim kroić płyty stalowe jak masło. Dół zachował się tu równie ciekawie, ponieważ zazwyczaj grzmiący i nieznośny, zachował głęboki wyraz ale pojawiał się w dokładnie takich ilościach w jakich powinien.
Zostawiając wszystkie powyższe wnioski i wrażenia przechodzę do czegoś lepiej znanego w szerokim świecie, mianowicie Enigma – A posteriori. Już kilka sekund początku Invisible Love potwierdza szeroki pogląd na te słuchawki że mają wybitne zadatki dla wszelakich instrumentów akustycznych, co postanawiam na tym etapie sprawdzić sobie na MDB Beautiful Voices. Enigma brzmi bardzo klarownie i uporządkowanie, czego nie mogłem powiedzieć o niej o dziwo na K240 MKII – tam dziwnym sposobem góra była czasami bardzo świszcząca, irytująca wręcz. Tutaj jednak mimo moich obaw okazało się że pozostała na swoim miejscu, a reszta dźwięków skutecznie dogoniła jej poziom – czyniąc muzykę w efekcie o wiele lepiej zbalansowaną.
Na MDB z kolei przy początku części 039 byłem pod ogromnym wrażeniem nieprawdopodobnego wręcz odzwierciedlenia kobiecego śpiewu. Dosłownie czułem jak wokalistka w utworze Here In The Dark śpiewa do mnie – tylko do mnie. Stałem na scenie tuż przy niej, otoczony dźwiękiem, gitarami, kręciłem się wraz z nią w wirze refrenu “only for you”.. przesłuchując zaś dalej dochodząc do muzyki z filmu Donnie Darko, tj. Mad World, jestem znów pod wrażeniem olbrzymiej precyzji i reprodukcji głosu męskiego. Ostatnim utworem jaki postanowiłem przesłuchać z MDB to znajdujący się zaraz po nim utwór Keren Ann – Ending Song. Smutna piosenka ale nabierająca bardzo wymownej głębi na Lambdach. Mało tego – do tej pory przyduszony środek nabrał powietrza, poszczególne jego fragmenty odsunęły się od siebie odkrywając przede mną ukryte dźwięki których do tej pory po raz kolejny nie słyszałem. Całości wrażeń dopełnia końcowa gitara akustyczna oraz skrzypce, które były bardzo wyraźne i co najważniejsze – znajdujące się bardzo blisko mnie. Nie było tu mowy o dystansie, nie było tu również ani słowa o podziwianiu dźwięku zza kotary czy też loży teatralnej. Czułem, nie tylko tutaj ale i wcześniej, że jestem w centrum wydarzeń, że dźwięk dzieje się dookoła mnie a nie przed. Pisząc te słowa następuje kolejny utwór którego nie planowałem, Nicos – Secret Love. Ale jednak nie żałuję że nie zmieniłem utworu na inny, bowiem trafiłem na bardzo ciekawy, orientalny utwór, fortepian, skrzypce z charakterystycznym przeciąganiem strun oraz cała masa dźwięków które sprawiły że miałem przed sobą wrażenie ślicznie zdobionego porcelanowego talerza – ja w środku niego a dookoła nieprzebyty koloryt dźwięków otaczających mnie niczym okrąg. Ja zaś w nim, podany aurze i wrażeniu chwili. Wyglądam za okno i przez chwilę wpatruję się w migoczące za nim lampy oraz światła mieszkań, mam wrażenie że wcale nie ma nocy, że zaraz coś się stanie, pojawi się jakiś ruch, niesamowita eksplozja koloru bez słowa przemykająca ulicą. To jednak chyba tylko ja ulegam magii chwili i kolorytu jaki zaoferowały mi w tym momencie STAX’y.
Niemal z miejsca kursor myszki pada na Carbon Based Lifeforms – Abiogenesis. To szybki IDM, kompletne przeciwieństwo tego co przed chwilą słyszałem. Jednakże tak bardzo przyzwyczaiłem się do Lambd że wrażenie słabego bassu zostało mocno wypchnięte przez jego precyzję. Został wszakże cień, ale balans całościowy wypada przez to bardzo dobrze. Kobiecy śpiew który słyszę co rusz znów powoduje że czuję się bardzo dziwnie, pieszczony przez dźwięk który przecież tak dobrze znam. Przeskakując na World Of Sleepers w pewnym momencie przestaję pisać.. okazuje się że początek utworu ma w sobie delikatne dźwięki dochodzące z oddali, genialnie wypozycjonowane odległościowo ode mnie ale niedostępne do tej pory aby je wychwycić. Stop. Przestaję pisać definitywnie, prostuję nogi na krześle i rozsiadam się na kanapie czekając co jeszcze się wydarzy. Zmiksowany głos kobiecy do tej pory nieco dla mnie niewyraźny okazał się tym razem doskonale i precyzyjnie słyszalny, do tego unosił się nad innymi planami dźwiękowymi. Miałem wrażenie jakbym był w gabinecie luster, STAX’y bez najmniejszych problemów wygenerowały nie tylko kanały tak jak trzeba, ale rozbiły je na części pierwsze i przetasowały jak karty, stopniując natężenie i odległość źródeł dźwięku ode mnie. Wiem jedno – moje AKG tego nie potrafią.
Przechodzę do Apparat – Multifunktionsebene, a konkretnie bardzo melancholijnie na mnie działającego utworu Forward/Backward. Wszystkie plany zostały na dzień dobry wygenerowane wokół mnie tak że znów znalazłem się w centrum. O ile wrażenie jest ciekawe w przypadku utworów, że się tak wyrażę, konwencjonalnych, tak tutaj czuję że po prostu od zawsze tak to powinno się odbywać. Ta muzyka zasługiwała na to. Wraz z kapitalnym środkiem wyciągany jest fragment dolnych rejestrów na wysokości wyższego i średniego bassu, dając od czasu do czasu przyjemnie dzwoniący pomruk.
Wpadam w electropop a więc IAMX i Ladytron. Pierwszy kompletnie odpada ze względu na specyficzne nagranie, które już na K240 brzmi kiepsko. W drugim jednak przypadku Ladytron zyskał na przejrzystości kosztem grzmiącego, wręcz tapetowanego bassu. Gdybym miał wybierać, chyba obrałbym większą klarowność ponad przytupem jakiego można w tej muzyce doświadczyć.
Zaraz po tym testowo postanowiłem uruchomić club, a więc Erica Jordana. Niestety do tego typu muzyki te słuchawki się kompletnie nie nadają – ten gatunek operuje na dole, którego tutaj definitywnie brakuje.
Lepiej natomiast prezentuje się Foo Fighers – Come Alive. Mimo że dźwięk oferowany przez Lambdy nie pasuje nieco do tego typu muzyki, tak wrażenie takie można mieć tylko przy ostrzejszych partiach, gdy słuchawki ewidentnie skupiają się na górze zamiast na dole. Jednakże wszystkie partie akustyczne, powolne, są świetne. Przy Stranger Things Have Happened gitara akustyczna tak samo jak w przypadku MDB – znajduje się bardzo blisko słuchacza, ma się wrażenie że siedzi się na przeciwko osoby na niej grającej. Mimo że nie jest to mój gatunek to jednak akustyczne fragmenty robią na mnie tu naprawdę duże wrażenie.
Z kolei przy From First To Last – I Once Was Lost But Now Am Profound, wyraźna góra jest ogromną wadą, ponieważ strasznie szybko męczy słuchającego. Sama muzyka brzmi całkiem dobrze ale góra niestety jest zbyt ostra i przekreśla wszystko. Tak samo jak w przypadku ambientu, trzeba po prostu mocno dobierać sobie utwory jeśli chce się używać tych słuchawek w tym miejscu, ew. po prostu porzucić myśli o ich zakupie.
Hibernation – Some Things Never Change, jak zawsze stawia wysokie wymagania słuchawkom w zakresie pozycjonowania w przestrzeni i separacji między kolejnymi warstwami dźwięków. Lambdy spisały się tu na medal, miałem o wiele lepsze, pełniejsze wrażenia podczas odsłuchu niż na słuchawkach dynamicznych czy głośnikach, nawet z włączonymi dodatkami typu DSP czy Virtual Speaker. Tu miałem to wszystko o wiele naturalniejsze, precyzyjniejsze a co najważniejsze – w zasadzie “out of the box”. Wystarczyło tylko usiąść i się wsłuchać.
W zakresie końcowych odsłuchów zostawiłem sobie dwie rzeczy. Pierwszą jest jeden z najpiękniejszych mix’ów jakie powstały z gatunku ambientroniki: WABi – Summitto. Początek, przy którym nie tylko ja się potrafiłem wzruszyć gdy go przesłuchiwałem, brzmi świetnie na wszystkim prócz wybijaniu rytmu, zdaje się jakby dół był schowany i nie chciał wyjść. Dalej jest jednakże lepiej i już przy kolejnych utworach czuć że wraca na swoje miejsce, wraz z niską jakością użytych sampli, wyczuwalnych tu tak samo jak na K240 i każdych wyższych słuchawkach. Niestety, piękne utwory ze skazą – tak można określić ten mix. Lepiej chyba prezentował się na AKG, jako że eksponowały nieco mniej wad “technicznych”.
Drugą zaś jest najbardziej wymowny utwór Secede jaki powstał moim zdaniem – Say I Said So. Jako że mam go w bardzo dobrej jakości, od razu czuć ją w Lambdach już po pierwszych sekundach. Wchodzenie kolejnych partii dźwięku to po prostu absolutne mistrzostwo alokacji i przestrzeni w przypadku tak tanich elektrostatów. Echo cyfrowo przerobionych grzechotek można określić jednym słowem – spektakularne. Tak samo jak Vega Libre – Last Hours, który puściłem zaciekawiony na sam koniec jak SR-202 poradzą sobie z utworem cechującym się ogromną ilością źródeł dźwięku. Myślałem że uda mi się pogubić te słuchawki, jednak one, kompletnie niewzruszone moimi zabiegami, generowały dźwięk tak samo precyzyjnie jak do tej pory. Mogłem wyłapać wszystkie sample dokładnie w przestrzeni, kompletnie niesplecione ze sobą, a które do tej pory były związane niczym warkocz i trudno było je sobie poukładać.
Tak oto doszliśmy do końca. Przypomina mi się cytat z piosenki Kazika: “Przesłuchiwałem całą noc, jestem zmęczony.. daj mi koc”. Słuchawki mimo że z nieco spoconymi earpadami, są na tyle wygodne że nie czuję zbyt dużego dyskomfortu. Prezentują się na tym polu lepiej niż K240, nawet z założonymi welurówkami.
Co mogę stwierdzić? Wiele. Przede wszystkim dół, o który tak obawia się wielu użytkowników i który jest koronnym argumentem (obok ceny) w ustach przeciwników elektrostatów – o ile nie pasuje do części skocznych gatunków typu club czy goa, o tyle w pozostałych prezentuje wysoki poziom. Do jego umiarkowanej natury idzie się spokojnie przyzwyczaić już po jednym dniu. Wszystkie pozostałe rejestry prezentują się, jak na słuchawki ze wzmacniaczem z tego konkretnego przedziału cenowego, świetnie.
Słuchawki pozostawiły po sobie wrażenie ogromnej wybredności co do źródła i sposobów nagrania utworów, ale jednocześnie bardzo realistycznego odsłuchu, wręcz niespotykanie konkretnego i dosadnego, choć nieco chłodnego, przekazu z krystalicznie czystą górą, kapitalnym środkiem i głębokim, aczkolwiek zbalansowanym i oszczędnym, dołem, lepszym niż w SRS-2050 II i bardzo komfortowym. Sprawdzą się wszędzie tam, gdzie chce się osiągnąć dźwięk nacechowany górnolotnością, gdzie potrzebna jest maksymalna precyzja i przestrzeń oraz transparentność brzmienia, także w tych gatunkach które opierają się o w/w cechy, tak jak ambient, vocal, muzyka akustyczna, czy też chillout.
.
Podsumowanie
Wybór słuchawek STAX SRS-3010 będzie dobry dla tylko pewnej części odbiorców – szukających transparentnego brzmienia, niebywałej przestrzeni i lekkości. SRS-3010 to jeden z najtańszych zestawów elektrostatycznych japońskiego producenta, jednakże w wielkim błędzie jest ten, który myśli że niczego po nich nie można się spodziewać. Co prawda są osoby kategorycznie twierdzące że HD650 + bardzo dobry wzmacniacz są połączeniem które radzi sobie z wszelkimi tanimi elektrostatami, jednakże wg mnie nie ma tu czego porównywać. To są dwa odmienne światy, rządzące się innymi prawami i celujące w zupełnie inne doznania. w przypadku takiej klasy rozwiązań za takie pieniądze, zarówno ES jak i dynamicznych, naprawdę trudno o wszelkie dawki obiektywizmu. Nasze doświadczenie, nawyki oraz gust biorą górę ponad elastycznością i próbami umiejscowienia siebie w kilku innych użytkownikach o różnorodnych preferencjach. Jak się okazało – słuchawki wcale nie mają “słabego bassu”, jest to kwestia jego precyzji oraz doboru odpowiednich jakościowo/gatunkowo utworów oraz źródła. Podczas gdy w zakresie słuchawek dynamicznych, zwłaszcza tych za umiarkowane pieniądze, można sobie pozwolić na dużą dozę tolerancji co do w/w elementów, tak w przypadku już tak podstawowych elektrostatów mają one miejscami znaczenie kluczowe. Jeśli coś w ich przypadku będzie niedopasowane, prawdopodobnie nasza opinia zasili pozostałe które są negatywnie nastawione do tego typu słuchawek. Mi osobiście przypadły do gustu pierwszorzędnie i wraz z K240 stanowią ciekawy i uniwersalny duet. To chyba był dźwięk mi przeznaczony, taki którego szukałem od wielu lat. Gdyby nie przykucie do naprawdę dobrego źródła oraz energizera, faktycznie można by stwierdzić w moim przypadku, wtórując za head-fi, “once you go Stax you really can never go back to Dynamics”.
.

recenzja na 10 czytało sie ja jednym tchem,a gdy zobaczyłem te słuchawki to wiedzialem ze gdzies je juz widzialem i rzeczywiscie w magazynie sound and vision byl test stax signature system II-srs-4040 dosc archaiczny wyglad zwraca uwage ale przeciez nie o to w tym chodzi.