Wspomnień czar… Leadtek A400 TDH

Rok 2008 już niemal minął, przebywając cały czas w domu z dala od swojej głównej maszyny a będąc otoczonym przez inne, czasem mocniejsze, jednak w moim przypadku słabsze, mimowolnie wraca się myślami do czasów kiedy sprzęt ten był klasą samą w sobie. Postęp i pogoń za wydajnością zepchnęły wszystko z podium na którym się kiedyś znajdował a to nowy procesor, a to nowa karta graficzna.. wspomina się ile to taki sprzęt służył, ile kosztował, jakie otwierał możliwości i co dawał podczas wymiany.

Również łezka się w oku kręci gdy przypomina się karkołomne wyczyny w kwestii OC tego sprzętu. Tak dochodzę do jednej z tych kart które kosztowały mnie najwięcej a które sprawiły mi największą przyjemność – Leadtek’a A400 TDH na bazie GeForce 6800 128MB AGP.

Kiedy powiem że dałem za niego 1200zł dawno temu w Balcie, pewnie kilka osób przekładając sobie tą cenę na dzień dzisiejszy popuka się w czoło.. ale czyż rok temu tyle nie kosztowały 8800GT i to referencyjne? No właśnie. Nie wspominając że 8800GTX 768MB kosztowały 2500. W przypadku tego Leadtek’a zaś karta była niewiele droższa od referentów innych producentów, a różniła się od nich przede wszystkim niereferencyjnym autorskim chłodzeniem. Jeśli dodam że zastępowała wtedy MSI GeForce FX5200 Ultra 128MB silent low profile, to różnica wydajnościowa zaczyna kreować się w epokach ;) .

Chyba najlepsze zdjęcia tej karty na jakie “wpadłem” są na PCLabie w artykule autorstwa Piły. Recenzję można poczytać tutaj, wraz z testami wydajności i  zdjęciami, zaś bezpośrednia recenzja na benchmarku niestety już nie istnieje odkąd przeszli na nową “szatę”, szkoda że zapomnieli o wszystkim innym. Dokopać się jednakże do niej można pod tym adresem.

Swego czasu niektórzy śmiali się że karta to “kanapka” i że ma “kilo miedzi”. Nie wiem szczerze skąd takie opinie się zrodziły, ale jedno jest pewne – ta “kanapka” w kwestii wydajności po prostu wymiatała. Konstrukcja była prosta: główny radiator był zbudowany z miedzianej płytki na przeciętnym szlifie, płytka ta miała otwór na wentylator, aby nie przegrzewać jego spodu, oraz wypustki dla pamięci. Na płytce znajdowały się 3 chłodnice, boczne połączone ciepłowodem w kształcie kanciastej litery U, dolna zaś minimalnie stykała się z nim a była po prostu zgiętą w harmonijkę miedzianą blaszką. Na grzbiecie karty znajdowała się zaś płytka odbierająca podkładkami termoprzewodzącymi ciepło od strony PCB karty na wysokości rdzenia i pamięci. Całość byłaprzykryta plastikowym coverem który kierunkował airflow w czterech kierunkach: w każdą chłodniczkę oraz ku górze, przez owiewkę, trafiając w sam środek płytki grzbietowej.

Największymi wadami tego chłodzenia było pozostawianie ciepłego powietrza w środku obudowy oraz maskownica otworu wentylacyjnego która nie tylko generowała szum powietrza, ale też i potrafiła się bardzo szybko zasyfić – dlatego jedną z pierwszych modyfikacji z mojej strony na tej karcie było jej usunięcie.

Chłodzenie potrafiło nieco przyszumieć na 100% ale po wejściu w Windę ustawiało się na względnie cichym poziomie 40% RPM – oczywiście pojęcie ciszy karty zależało od poziomu głośności całego komputera, a ten z kolei był dosyć wysoki ze wględu na BOX od procesora oraz głośną zasiłkę, jest to też popularny błąd w kwestii dopraszania się określeń głośności karty od ich posiadaczy: różni ludzie, różne komputery, różne zdania.
Bawiąc się Rivą (wtedy wersją 2.0 i 2.01) można było ustawić poziom fana dla trzech trybów aktywności GPU niezależnie, w zakresie od 25 do 100%. W efekcie można było wyciszyć sobie kartę nie rezygnując z jej wydajności. Powiedzmy że w 2D miało się 25%, w low power 3D standardowe 40%, w performance 3D z 50%. Dawało to trójstopniowy automat, szczególnie przydatny przy OC karty.

Co się tyczy OC, karta miała w sobie spory zapas mocy. Standardowe taktowanie wynosiło 325/700 oraz PS i VS w ilości 12/5, zaś mi udawało się wykręcić z niej siódme poty: 400/866 oraz 16/6, co dawało mi wydajność nieco gorszą od 6800GT (głównie przez pamięci). W takich warunkach karta działała całkiem stabilnie o ile zadbało się o chłodzenie sekcji zasilania która po OC dostawała niezłej gorączki. Zaś obojętnie co by się nie robiło po całym dniu pracy elektronika karty potrafiła odmawiać posłuszeństwa, gasnął ekran i koniec. Pomagało wyłączenie komputera i odłączenie molex’a.
Próbowałem szukać podobnych wyczynów i tak np. na PCLabie udało się podkręcić Pile kartę tylko do poziomu 380/860 bez używania maski sprzętowej dla PS/VS.

Pamiętam że karta spokojnie dźwigała FarCry’a który to był kiedyś killerem kart, tak jak dzisiaj Crisis, FEAR’a, niestety w BF2 ewidentnie brakowało jej vramu – miała tylko 128MB. Nie było też większych problemów z Dawn of War chyba że trafiło się na większą bitwę (gdzie i sam procesor też już zaczynał wymiękać), dawało się też grać na medium w Anno 1701 i na low w Supreme Commandera, a jak wiadomo ten tytuł również miał swoje wymagania. Zapamiętałem też ją ze względu na jeszcze jeden aspekt – piszczenie. Jednak karty graficzne mają już to do siebie i na to lekarstwa już nie miałem.

Gdy rozstawałem się z tym sprzętem, prócz sprowadzenia go na stock i oczywiście pozostawienia zdjętej maskownicy, postanowiłem zadbać o nieco lepsze chłodzenie sekcji zasilania, aby karta radziła sobie bez mojej ingerencji. Tak też dwie kostki BGA poleciały na cewkę, zaś od strony grzbietu pokusiłem się o wąski radiatorek-samoróbkę wkręcany na PCB karty a chłodzący ją w miejscu owej cewki. Całość dała radę w 100% i mimo że nie miałem z nią styczności już po tym czasie, byłem spokojny w kwestii jej działania.

Komentarze zostały wyłączone.